• White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • White YouTube Icon

Strach podczas skoków

Są takie pytania, które każdy skoczek z ust swoich nieskocznych znajomych słyszy regularnie. Jednym z nich jest “Czy Ty, mając już tyyyyle (hihi) skoków, się w ogóle jeszcze boisz?”.

Więc jak to jest z tym strachem? On mija, czy nie odstępuje nas o krok przez całą naszą drogę ze spadochroniarstwem?

 

 

 

PIERWSZE SKOKI

 

Swoje pierwsze skoki będą pamiętać chyba do końca życia. Ubrana w kombinezon, kask, ze spadochronem na plecach i w samolocie pełnym skoczków, lecąc na 4000 metrów, zastanawiałam się czy da to się jeszcze jakoś odkręcić. Może uda mi się wymigać? Powiedzieć instruktorowi, że źle się czuję, że wysokościomierz mi się zepsuł? Tworzyłam w głowie różne scenariusze - może nagle zmienią się warunki pogodowe, a my zmuszeni będziemy lądować na pokładzie samolotu? Zastanawiałam się co, do cholery jasnej, mnie podkusiło. Po co ja tu wsiadłam? Źle mi było na ziemi? Emocje, które przeżywa się wtedy są nie do opisania. To paraliżujący strach, który odbiera władzę w nogach, trzeźwe myślenie i zamazuje obraz. Obiecywałam sobie wtedy, że ostatni raz wsiadłam do tego -pieprzonego- samolotu. Nagle drzwi się otwierają, a ja postępuję bardziej mechanicznie - tak jak mój mózg zapamiętał ze szkolenia naziemnego, niż świadomie. Wyskakujemy, lecimy, otwieram spadochron i ląduję. I nie wiem czego się tak bałam, to było przecież takie wspaniałe. Jestem przeszczęśliwa, w totalnej euforii i jak najszybciej biegnę zaplanować się na kolejny skok. I historia w samolocie się powtarza.

 

Ja odczuwałam tak silne przerażenie, strach i adrenalinę, mniej więcej do 15-20 skoku. Po tym czasie, mój organizm zaczął przystosowywać się do skoków, do warunków panujących na 4000 m. Zaczęło mi się włączać trzeźwe myślenie, coraz większa świadomość. Oczywiście jest to u każdego kwestia indywidualna, wynikająca z charakteru, psychiki, a także częstotliwości skoków, szczególnie właśnie tych pierwszych. Jednak myślę, że przy regularnym skakaniu, po mniej więcej tych 20 skokach, spodziewać można się pożegnania tego pierwszego, największego strachu.

 

A PÓŹNIEJ?

 

Czy to znaczy, że mając kilkaset, czy kilka tysięcy skoków nie odczuwamy już nic? Żadnych emocji, wsiadając do samolotu, a następnie wyskakując z niego? Absolutnie nie!

Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Czym większe doświadczenie w spadochroniarstwie mamy, tym większa jego część staje się dla nas dostępna. A co za tym idzie bardziej ekscytująca. Nie starczy nam życia, żeby odwiedzić wszystkie piękne strefy na całym świecie, żeby skoczyć ze wszystkich obiektów latających (:)), z których byśmy chcieli, nauczyć się wszystkich stylów latania, wziąć udział we wszystkich imprezach spadochronowych na świecie itp. 

 

Mnie każde kolejne skoki nakręcają jeszcze bardziej, jaram się każdą nową rzeczą, która mi wyjdzie, której się nauczę, którą wymyślimy razem ze znajomymi. Skoki z fajnymi ludźmi też zawsze dają mi super energię. Wtedy każde przygotowanie do skoku, ustalenie przebiegu, zadań, w końcu wyskok i lądowanie jest tak wesołe, że można rozmawiać o tym cały wieczór, czując się jak drużyna power rangers ratujący świat. W każdy poniedziałek zaczynam odliczać już do weekendu, żeby móc wreszcie skoczyć, spróbować tego, co poćwiczyłam między czasie w tunelu. Czasem oczywiście moje emocje są całkowicie przeciwne, jestem zła na siebie jak coś mi nie wyjdzie, szczególnie wtedy, gdy "zniszczę" tym samym skok innym osobom albo przeżywam chwile grozy, gdy w najmniej oczekiwanym momencie zaskoczy mnie jakaś sytuacja niebezpieczna albo awaryjna. 

Strach też nie mija raz na zawsze. Jasne, że nie paraliżuje mnie on przed każdym skokiem. Przez większość skoków w ogóle go nie ma. Ale pierwszemu skoku po przerwie (czy to dłuższej zimowej, czy chociażby czasem tej między weekendami) towarzyszy często to delikatne, niepokojące ukłucie w środku. Czasem zwyczajnie mam gorszy dzień, okres lub jestem na takim etapie, w którym odczuwanie strachu troszkę się nasila.

Nie śmiejcie się, ja generalnie jestem tchórzem. I mam lęk wysokości. W związku z tym nie przepadam być osobą siedzącą przy drzwiach w samolocie, otwierać drzwi i (co gorsza) robić spottigu. To zawsze mnie trochę stresuje. Zdecydowanie wole większe samoloty, w których mogę usiąść daleko i spokojnie czekać na 4000 metrów. Dodatkowo, kiedy w samolocie jest zimno, a ja ledwo po starcie jestem już cała zmarznięta, zawsze wzmaga to moje uczucie niepokoju. Nie taki stresik nie mam rady, po prostu staram się go olewać, robić swoje i dobrze się bawić. :)

 

NA POCIESZNIE

 

W skokach nie da się przeżyć, nauczyć, osiągnąć wszystkiego. Myślę, że gdyby ktoś z nas, nabrał takie przekonania, że już nic go nie zaskoczy, że on już ma tyle skoków, że wie wszystko, zwyczajnie w świecie przestał by skakać. Bo po co marnować pieniądze i swój cenny czas na coś co zaczęło nas nudzić, co nie przynosi nam pozytywnych emocji? Skoki to droga ciągłego samodoskonalenia, spełniania marzeń, osiągania celów, pokonywania własnych barier i karuzela ciągłych, fantastycznych emocji - w tym strachu właśnie. Niezależnie od tego czy skacze się od dwóch, czy dwudziestu lat.

 

Strach jest jedną z podstawowych cech pierwotnych, jest normalny i naturalny. Dlatego nie zależnie, czy jesteś przed kursem AFF, czy przed swoim 400 skokiem w życiu, masz prawo się bać. To naprawdę dobrze o tobie świadczy - znaczy, że posiadasz instynkt przetrwania. W skydivingu nie lada wyzwaniem i sztuką jest opanowywanie lęku, radzenie sobie ze stresem, oswajanie się z tą nienaturalną dla ludzkiego ciała sytuacja. Ale spokojnie, wszystko przyjdzie z czasem i z ilością skoków. A wspomnienia z tych pierwszych skoków zostaną na pewno świetne. Więc, za wszystkich bojących się przed zbliżającym się weekendem, trzymam kciuki, na pewno będzie dobrze! :) 

 

 

 

⇨ Odsyłam też do książki napisanej przez osobę milion razy ode mnie mądrzejszą - skoczka i psychologa - Tomka Kozłowskiego. Historia tysiąca lęków zdecydowanie warta przeczytania. :)

 

 

 

Please reload